Kobiety Live!

Nie będzie ani Nergala, ani żadnych innych spodni. Dziś o kobietach, głównie tych, które ostatnimi czasy zwróciły moją uwagę w sposób szczególny. Głośno o nich, to prawda, zatem oryginalna nie będę, ale swoje trzy grosze dołożyć zawsze można.

Kiedyś, w czasach kaset magnetofonowych, niemal do zdarcia taśmy słuchałam Heya, Edyty Bartosiewicz i Kasi Kowalskiej (w tej właśnie kolejności uwielbienia), dziś już mi przeszło, a gust muzyczny nieco się zmienił. Wytrwałam jedynie przy Kasi Nosowskiej. Jej imienniczka, odkąd zaczęła śpiewać radosne piosenki, zupełnie przestała mnie ciekawić, a Edyta…zapadła się jak kamień w wodę. Jeśli zaś chodzi o wokalistki spoza granic Polandu – cóż to czasy były – chwilowo Whitney, Celinka ale tylko w ścieżce dźwiękowej do Titanica i …to chyba byłoby tyle zachwytów na czasy szkolne. Dziś w mojej płytotece najwięcej Diany Krall, trochę Stacey Kent, Cesarii Evory, Esparanza Spalding, Mariza i oczywiście Florence Welch 🙂 Przepraszam, jeśli o którejś z pań zapomniałam. Ale do rzeczy. Krótko i na temat o Gabie Kulce i Mademoiselle Karen, bo o nich ma mowa.

Koncerty robią swoje, bo artysta może pokazać się jakoby bez garnituru. Słuchanie płyt to trochę jak lizanie loda przez szybę. Scena to co innego – prawdziwe emocje, kontakt z żywym ciałem, soczysta muzyka ZEWSZĄD. I towarzystwo – wiadomo, my rodzaj ludzki stadny, lubimy wspólnie dobrze się bawić. Szczególnie gdy ze sceny patrzy na nas prawdziwa Osobowość. A myślę, że obie dziewczyny za takowe można uznać.

Jakiś czas temu miałam okazję wybrać się do Stodoły na ich wspólny koncert w ramach Francophonic Festival. Był to swoisty muzyczny przekładaniec, bo między Gabą a Karen wystąpiła balladowa i efemeryczna Berry, ale dziś tylko o dynamitach, więc uznajmy ją za didaskalia.

Gaba i Karen jakby urodziły się na scenie. Jakby jadły tu poranną jajecznicę, robiły makijaż, czytały gazety i przebierały się do wyjścia. Zupełnie odlatują, śpiewając swoje energetyczne kawałki, a te, które na płycie są bardziej stonowane, teraz nabierają tempa. Wiadomo, że koncert ma swoje prawa i poszaleć można. Jest wybuchowo. Nawet lepiej niż na płycie, która – w przypadku Karen – jest tak naprawdę dość wyważona jeśli chodzi o dynamikę. Karen między piosenkami opowiada przy tym historię miłosną – z dowcipem, a każdy utwór jest jej kolejnym odcinkiem. Gaba wciąż żartuje, a na koniec słodkim głosikiem śpiewa Radiohead.  Salę rozpiera pozytywna moc, nie da się nie skakać kiwać, śpiewać, jak kto woli.

To widać – obie dziewczyny czerpią ze swej muzyki radość, podobnie jak z tego, że publiczność przy tym po prostu szaleje. Aż sobie człowiek myśli… „cóż innego one w takim razie mogłyby robić, jeśli nie tworzyć, śpiewać i grać”  I co tam, że chwilami dużo po francusku, że raczej się nie rozumie. Creme Brulee smakuje nadal dobrze. Oby więcej takich artystek pojawiało się w kraju nad Wisłą.

Aleksandra Białas

Tagi: ,